Zgoda, nie zniknął tak od razu. Zaniknięcie ostatniego sygnału nawigacyjnego z centralnego komputera Nha Kharmy poprzedziła seria wielkich wydarzeń, których świadkiem byli wszyscy mieszkańcy Znanego Wszechświata. Te wielkie wydarzenia przeniesione zostały następnie przez Grupę 43 na przestrzeni ostatnich ośmiu na aż dwadzieścia dziewięć postępowań wyjaśniających.
— Dwadzieścia siedem — poprawił swoje myśli Yova. Dalej nie wiedział, co miał myśleć o ostatnich przypuszczeniach jego oficera CI i postulowanych przez niego kolejnym dwóm postępowaniom. Nie miał już siły, by zastanowić się nad konsekwencjami podejrzeń Bsaheoh. Wrócił na łóżko i trwał tam w półśnie kolejną godzinę.
* * *
Kajuta kapitańska znajdowała się na trzecim pokładzie, więc Yova miał ze swojej dziupli zaszytej pomiędzy ósmym a dziewiątym deckiem całkiem niezły spacer. Po drodze nie napotkał nikogo ze swoich podwładnych, więc zakładał, że cały wydział siedział na zapowiadanej głośno przez pierwszą oficer after party. Ze względu na okoliczności, Yova nie czuł się zaproszony – nawet jeśli koledzy z Grupy mocno nad nim pracowali by się zjawił.
Zameldował się do czatownika, drzwi trzymały go chwilę w niepewności, zanim pozwoliły mu wejść.
— Kapitanie?
— Yova, wejdź proszę. Daj mi chwilę.
Siedział na swoim stanowisku jak zwykły pracownik niższego szczebla, pochłonięty w całości lekturą jednego z kilkunastu raportów, jakie musiały do niego spłynąć w ostatniej dobie przed wyjściem ze skoku. To były tylko technikalia, miłe i przewidywalne szczegóły dotyczące ich niewielkiej floty i jej gotowości do opuszczenia cichej i przytulnej bańki w wyższych wymiarach.
Yova usiadł przy biurku kapitańskim przyglądając się staremu znajomemu. Minęło sporo czasu odkąd razem służyli na tym samym okręcie, a ich kariery poszybowały w zupełnie innych kierunkach zaraz po zakończeniu zasadniczej służby w marynarce.
Thyne był zabawną mieszaniną kapitańskich archetypów. Barczysty, jowialny ale i skoncentrowany, nieraz cichy człowiek, który spędzał z dala od jakichkolwiek planet wielki kawał swojego życia. Do pełnego obrazu brakowało mu chyba tylko bujnie zarośniętej brody, ale u mhamharian – rasy nomadów, której był przedstawicielem – zupełnie niemalże zanikło owłosienie za wyjątkiem tylnej części głowy. Sucha i chropowata skóra, tak odpychająca dla wielu ludzi macierzystych, gdzieniegdzie zrastała się w guzowate zgrubienia, co nadawało twarzy kapitana jeszcze bardziej groźny charakter, podkreślany tym bardziej przez ciemnooliwkowy kolor oczu – najbardziej chyba pewną biosygnaturę tej rasy.
Yova wiedział doskonale, że kapitan przygotowuje się do nawałnicy informacji i nakazów, jakie spłyną do nich gdy tylko wyjdą z błogosławionej. Tu, w nadprzestrzeni nic nie mogło ich dosięgnąć, żaden sygnał, żaden komunikat – ale jak tylko powrócą w trzy wymiary przestrzenne, zacznie się kawalkada zdarzeń, dosięgnie ich w jednej sekundzie zaległe osiem miesięcy historii świata. A Yova, gdy tak wlatywali w wytensorowane wyższe przestrzenie, nie mógł się pozbyć wrażenia, że dynamika dziejów zdaje się przyspieszać.
Thyne zamknął wreszcie ostatni raport na monitorze.
— Dzięki, że przyszedłeś przed odprawą.
— Zrozumiałem, że to polecenie dowódcy…
— Nie błaznuj. Wiesz, że jesteś obok mnie, a nie pode mną — machnął z rezygnacją ręką i oparł się o fotel. — To w ogóle najbardziej komiczna sytuacja, z jaką się do tej pory spotkałem. Nie pierwszy raz federacyjny okręt leci z misją będącą tą dziwną mieszaniną CSARu, zwiadu, karawanu do zbierania martwych i dochodzenia co się stało – ale chyba jeszcze nie słyszałem, by tak bardzo namieszano w dowodzeniu operacją.
— Thyne, nie przesadzaj. To, że mam pod sobą dwudziestu śledczych…
— Nie wkurwiaj mnie! Ty, osobny pion śledczy prokuratury wojskowej, osobny korpus rozpoznawczy wywiadu wojskowego – wszystko rządzi się po swojemu… Nawet kurwa naukowców przyspawano do dowodzenia. Co to w ogóle za twór, rada kapitańska?
— Zgodnie z założeniem ciało doradcze…
— Bzdura! Dowodzę całą operacją, a jakiś radosny teoretyk dowodzenia w centrali wymyślił niedającą się pogodzić z niczym głupotę w postaci jakiegoś kurwa, parlamentu wyprawy, który ma mnie recenzować! Debatować to sobie mogliśmy w czasie skoku, ale jak wyjdziemy, jak przyjdzie co do czego, to tylko ja będę musiał brać odpowiedzialność za życie ludzi. Wyborne.
— Musieli coś zrobić po Nha Kharmie, jakoś zareagować. Wezwałeś mnie, żeby ponarzekać na narzucony na model dowodzenia? Zgadzam się z tobą, stopień swobody dla każdego z tych pionów jest chyba za duży. Mogę ci tylko obiecać, że nie będę dupkiem i nie nadużyję możliwości przeciwko tobie…
Kapitan wstał, i podszedł do szafki, wyciągając szklanki i butelkę ghynne, kurtuazyjnego już napoju floty, który mógł smakować tylko desperatom zamkniętym na wąskich pokładach, miliardy kilometrów od najbliższego słońca. Niewątpliwie jeden z powodów, dla którego Yova rzucił marynarkę.
— Przestań, wiesz dobrze, że nie o to mi chodzi.
Nalał, podał Yovie, usiadł i napił się. Machnął niedbale ręką i wyrzucił na ścianę obok projekcję układu, w którym za niespełna kilkanaście godzin będą wychodzić z wielowymiarowej ciszy. Yova wziął do ust ghynne, skoro tego już wymagał od niego obyczaj. Nienawidził tego gęstego płynu, jego cierpkiego, pikantnego smaku po którym następowała dławiąca wręcz gorycz. Thyne lata temu próbował go nauczyć tych ichniejszych smaków, ale była to jedna z kilku rzeczy wyraźnie dzielących przyjaciół. Podobnie jak ocena tego, co rozdzieliło ich dwadzieścia lat temu.
— Układ Ghonoris, obiło mi się o uszy — zauważył złośliwie Yova. — Co z nim?
— Bardzo kurwa śmieszne. Odprawa za dwie godziny, nie bój się, nie będzie teraz próby generalnej — i tu kapitan zrobił dłuższą pauzę. Przypatrywał się chwilę Yovie badawczym wzorkiem.
— Co myślisz? Tak prywatnie, nie kapitanuj mi teraz.
— Siedzimy na tym samym pokładzie długie miesiące, i może poza kilkoma formalnościami i pogratulowaniem mi przydzielenia śledztwa, nawet się nie zająknąłeś o całej sprawie i teraz pytasz mnie, co sądzę o tym prywatnie?
— Wolałeś towarzystwo mojej nawigatorki przez większą część tego czasu. Miałem was nawiedzać w kajucie?
— Jadałem też posiłki. Bywałem też na tym, jak to ująłeś, parlamencie wyprawy…
— Serio pytam. Jak cię to bardzo boli, to mogę cię tylko zapewnić, że odbywam takie prywatne rozmowy z wszystkimi wyższymi oficerami w ciągu ostatnich kilku dni. Chcę wiedzieć co myślisz, jakie masz intuicje, po tych miesiącach pracy na materiale dowodowym.
Yova odłożył niedokończoną szklankę i spojrzał na układ, którego wszystkie możliwe symulacje oglądał nieprzerwanie od przydzielenia go do tej sprawy. Popatrzył na Thyne, który trzymał swoje ghynne tak, by nieustannie wchłaniać jego obrzydliwy aromat. Nie wypracował jeszcze jak ma sobie dać radę z jego dawnym znajomym jako dowódcą ekspedycji. Gdyby wiedział, że Thyne będzie dowodził, chyba by się nie zgodził. W każdym razie udawał sam przed sobą, że mógłby odmówić oficjalnego przydziału.
— Nie mam żadnej intuicji.
— Co? Jak… To chyba słabo, że nasz inspektor nie ma pomysłu na sprawę tej rangi? — Thyne pochylił się nad biurkiem i zbliżył do Yovy. — Nie masz… bo ja wiem, obaw? Lęków?
-— Lęków?
— Nie boisz się? Że to zasadzka na przykład? Albo jakiś nowy rodzaj niebezpieczeństwa?
— Ty tak serio pytasz?
— To były całkiem serio odpowiedzi kilku moich starszych oficerów. To niestety naturalne w takich sytuacjach, mamy mnóstwo dziwnych faktów w sprawie Nha Kharmy. A takie długie skoki same z siebie sprzyjają przepracowywaniu przez wyobraźnię nawet niewielkiej ilości faktów. A tu! Przecież Yova, tak powstawały religie, a co dopiero jakieś drobne stany lękowe u załoganta.
— Nie mam — śledczy westchnął. — Nie mam intuicji ani stanów lękowych związanych z naszą operacją. Mamy kilkadziesiąt otwartych śledztw, mam kilka roboczych hipotez na podstawie tego co wiemy, ale częścią mojej pracy jest nieuleganie wrażeniom. Więc zostawiam je na razie dla siebie.
— Nie pogadamy widzę.
— Thyne, czego ty w sumie chcesz? Wyjdź ze skoku, daj mi pierwsze telemetrie, daj mi raporty z autonomów, poczekaj aż je przetrawię. Zobaczy to mój zespół. Dam ci wtedy jakieś sugestie, zderzymy to wszystko z projekcjami, z tym co wiemy do tej pory. Ale teraz? Przecież nawet nie mamy pojęcia gdzie oni są. Czy lądowali, zgodnie z raportami – pomimo katastrofy w dokach? Czy może jednak pozostali na orbicie, by nie nadwyrężać kadłuba? Co się stało z rannymi? W jakim stanie jest okręt? My tam przecież możemy za nieco ponad dobę znaleźć czterysta ciał. Albo kolonię nowonawróconych dzieci mistycznego porządku panświata, bo i takie sytuacje się zdarzały.
— Potrzebuję wiedzieć, czego chcesz szukać. Potrzebuję wiedzieć, co wychodzi z tego zbiorowego umysłu wszystkich specjalistów zgromadzonych tutaj. Gadałem sporo z planetologami, mają naprawdę niesamowite spekulacje na temat życia na tej planecie, zwłaszcza doktor Smiersz. Genialny umysł, wszechstronny. Potrzebuję też, żebyś….
— Potrzebujesz sobie spekulować. Lubisz to po prostu. Odpalisz sobie ghynne i podumasz co to się mogło stać. Pogawędzisz sobie z kimś z szerokimi horyzontami. Pobujacie razem w obłokach. Ale to nas nigdzie nie prowadzi. Najpierw fakty, potem wnioski – to nigdy nie działa na odwrót.
Kapitan westchnął, odłożył szklankę. Patrzył na przez kilka chwil w przestrzeń, walczył ze sobą wyraźnie.
— Wycisz osnowę. Wiem, że jesteście na ciągłym sprzężeniu z tym twoim Bsaheohem.
— Jest dalej przesekcjonowany, nie ma z nim łącza teraz.
Thyne kiwnął głową i ruchem lewej ręki odblokował dostęp do pliku danych, które odpalił na projekcji systemu.
— Nie musimy wcale wychodzić ze skoku, żebym ci coś dał.
Wstał za biurka i podszedł do ekranu fotonowego, jakby chciał spojrzeć przez okno. Gest teatralny i pozbawiony efektu, skoro ekran był wyciszony by darować ludzkim oczom nieregularność światła wokół nich w nadprzestrzennym bąblu.
— Więc? — Yova nie do końca rozumiał okoliczności.
— Ta wiadomość nie opuszcza tego pomieszczenia.
— To może być trudne, chyba że zamierzasz zabić federacyjnego inspektora.
— Przestań błaznować. Nie wiesz tego, a już na pewno nie ode mnie.
— Ok.
— Saisse Bsalish nie był ostatnim członkiem ekspedycji, który nie doleciał do Ghonoris. Mieli jeszcze jednego trupa na pokładzie zanim wyszli z traserowania w wysokich wymiarach.
Wiadomo było oficjalnie o czterech śmierciach wśród członków ekspedycji jeszcze w czasie skoku. Grupa 43 prowadziła czynności w trzech z nich, gdzie dwa przypadki bezsprzecznie klasyfikowane były jako morderstwa, a trzecia śmierć stanowiła do tej pory niewyjaśnioną do końca okoliczność, gdzie nie można było jeszcze wykluczyć udziału osób postronnych. Czwarty zgon na pokładzie jednak, wobec bezsprzecznej i dokładnej dokumentacji medycznej, nie pozostawał w zainteresowaniu śledczych Yovy. Saisse Bsalish – profesor biologii, człowiek o wszechstronnych zainteresowaniach, w tym znany również z praktyk ezoterycznych i okołomagicznych, rozwinął niestety w trakcie trwania skoku specyficzną formę raka jelita grubego, której nie dało się zlikwidować przy pomocy, i tak całkiem dobrze wyposażonych, medlabów pokładowego szpitala Nha Kharmy. Zmarł na trzy tygodnie przed wyjściem z nadprzestrzeni i dotarciem do układu. Zgodnie z jego ostatnim życzeniem miał zostać pochowany na powierzchni planety. Z tego, co pamiętał Yova z meldunków, jego zwłoki planowano przetransportować późniejszym transportem i nie znalazły się one na dwóch antygrawitansach w chwili wypadku. O samym profesorze za życia mówiło się wiele rzeczy. Nie tylko o samych talentach akademickich, ale też o jego nieco ekscentrycznym stylu życia. Przyboczni asystenci Bsalisha, których sześcioro zabrał ze sobą na ekspedycję – a wszyscy byli biologami planetarnymi z niepodważalnymi osiągnięciami naukowymi – tworzyli podobno rodzaj niegroźnej sekty, która miała w zwyczaju żyć razem w dość bezpośrednich stosunkach, również płciowych, otaczała ich aura ezoterycznej inkluzywności i raczej nieprzystępnej grupy ludzi cichych i aspołecznych. Śmierć ich guru wprowadziła niewątpliwie intrygujący aspekt psychologiczny do całej układanki, który był już przedmiotem analizy Grupy 43. Tym bardziej, że jeden z członków tej sekty znajdował się w kręgu podejrzewanych o morderstwo na jego byłej laborantce Ythien Jesellin, piątym morderstwie już po wyjściu ze skoku.
— O, a to nawet ciekawe — przyznał po chwili Yova głosem niezdradzającym ogarniającej go irytacji. — W jaki sposób moja grupa śledcza w ogóle o tym nic nie wie?
— Objęli to klauzulą wojskową. Protokół F, więc poza moimi kompetencjami by ją znieść.
— Ah… Czyli mamy do czynienia z małym sekretem panny Essen, no wspaniale. Czemu mi to w ogóle pokazujesz? I to tak nagle, tuż przed wyjściem?
Thyne odwrócił się wreszcie od ściany, która będzie oknem dopiero z powrotem w trzech wymiarach.
— Bo gadałem z pionem wojskowym. Ta babka z prokuratury jest jak pies gończy. Szuka winnych, szuka ich w załodze Nha Kharmy. Jest… Nie wiem, brakuje jej moim zdaniem szerszej perspektywy. Wiem, że tobie jej nie zabraknie.
— Nadal, czemu teraz?
— Za chwilę wychodzimy, będziemy znów w komunikacyjnej pętli. A teraz jeszcze mogą mi gówno zrobić. Nie mam uprawnień by znieść klauzulę. Więc to raczej dla ciebie nieoficjalny kanał — zawahał się na chwilę. — Nie podoba mi się to. Jest dla mnie nie do pomyślenia, żeby dwaj główni śledczy mieli między sobą jakieś tajemnice i osobiste utarczki. To jest dokładnie ten rodzaj syfu, który jest mi w tych okolicznościach najmniej potrzebny.
— Opowiedz mi coś więcej w takim razie o tej śmierci. Skoro już zawiesiliśmy protokół F na chwilę.
— Wojskowy. Marynarz. Technik sekcji silnii jonowych. Złapali go w jakiejś dziwnej i niejednoznacznej sytuacji, stawiał opór.
— Czy ja dobrze rozumiem? Chcesz powiedzieć, że zlikwidowali swojego własnego marynarza? Jak w ogóle coś tak istotnego mogło zostać wyłączone spod wiedzy moich śledczych!? Co to w ogóle ma znaczyć – w dziwnej sytuacji?
— Podobno próbował uszkodzić silnie. Potem mieli znaleźć ślady współpracy z wywiadem Natharenu, więc wszystko przykryto zaraz klauzulą kontry wojskowej. Nie znam szczegółów, sam dostałem tylko taki ochłap informacji – wszystkim zajmuje się wywiad i kontra wojskowa, koniec kropka, rozejść się.
Yova milczał chwilę, próbując ustawić nowe wiadomości w siatkach powiązań jakie budowali sobie do tej pory, przeglądając udostępnione przez kapitana dane. Sam marynarz, Toihe Maha’R Shmier, żmija z centralnych układów, nie dawał jednak w systemie żadnych powodów do sensownych asocjacji. Sprawa wyglądała na niezależną od pozostałych incydentów. Ale tak brutalna walka wywiadowcza na Kharmie budowała zupełnie nowe przestrzenie, w których możnaby nieco inaczej interpretować zachowania conajmniej kilku osób. Yovie wyraźnie brakowało sprzężenia z ich osnową.
— No dobra. Gdzie tu jest dla ciebie deal i dlaczego mi to wszystko mówisz? Od chwili jesteś wylewny jak rozpijaczony marynarz siedzący w barze po długim skoku, złowiony przez wywiad na swoich potrzebach i dojony przez doświadczonego oficera…
— Shahta, nie wkurwiaj mnie.
Usiadł za biurkiem. Stał się nagle nerwowy, i to wyraźnie. Pochylił się w kierunku Yovy jakby chciał powiedzieć znów coś poufnego.
— Nie mam pojęcia co tam zastaniemy. Rozważam wszystkie scenariusze. Ale dostaliśmy naprawdę dużą eskortę wojskową, mam tu pod ręką małą armadę – takie flotylle są desygnowane do pomniejszych konfliktów granicznych, a nie do misji ratunkowych. Sama Besaoth ma siłę ognia, która wystarczyłaby by zlikwidować separatystów w jakimś niewielkim układzie! Ale jednocześnie bawią się ze mną jakbym był pionkiem, narzędziem w jakiejś znacznie większej grze – i wkurwia mnie, że wcale nie wiem wszystkiego.
Przerwał na moment, jakby potrzebował wyciszyć gniew. I przejść do biznesu, co zgodnie z przewidywaniem inspektora nastąpiło zaraz potem.
— A ty jesteś czujny. I bystry, nawet jeżeli życiowo niekoniecznie udało ci się to wykorzystać.
— Och, dziękuję. Doceniam ambiwalencję w tym komplemencie.
— … i dlatego — kapitan zignorował go kompletnie — chcę, żebyś dostał maksymalne dostępne info. I odwdzięczył mi się tym samym, tak samo nieformalnym kanałem.
— Chcesz, żebym dla ciebie szpiegował twoją własną załogę?
— Co ty mówisz! Mam od tego własnego oficera bezpieczeństwa.
— No, Glohmar jest czempionem jakich brakuje w naszej kontrze…
— Sytuacja może go nieco przewyższa, ale da radę. Jest twardy. Nie chcę szpiega. Chcę człowieka, który przyjdzie do mnie i powie co myśli o tym całym gównie nawet jak oficjalnie będzie to zaklauzulowane.
— Wiesz jak bardzo cenię formalność służby.
Kaptan uśmiechnął się.
— Wspaniale, cieszę się, że się zrozumieliśmy. To na deser masz jeszcze to.
Podrzucił inspektorowi pakiet danych.
— Ale tu już żadna tajemnica, wszystko będzie na oficjalnej odprawie pionu kapitańskiego. Są jeszcze dwie godziny, więc możecie pomyszkować sobie nad tym wcześnie. Tu mam uprawnienia, więc podjąłem decyzję o zdjęciu klauzuli.
Yova znów przejrzał dane. Informacja z dalekiego rozpoznania jednej z autonomicznych sond, które były wysłane do systemu jeszcze zanim wleciała tam Nha Kharma. Dane telemetryczne wskazywały bezpośrednio, że w systemie znajdował się jeszcze jakiś inny statek kosmiczny o nieznanej sygnaturze. Daleko, na orbicie tożsamej z Gh-A I – największym gazowym olbrzymem układu. Sonda była w stanie zidentyfikować wyłącznie trajektorię w chwili odpalenia silni jonowych. Telemetria wskazywała niewielki okręt klasy kanonierki lub korwety. Ostatnie zauważone odpalenie silnii jonowych, interpretowanych przez komputer sondy jako deorbitacja w kierunku Ghonoris miała miejsce już po zaniku sygnałów nawigacyjnych z Nha Karmy.
Czyli nasi zaginieni mieli towarzystwo.